Patronat Honorowy
Patronat medialny
Główny Sponsor
pokazów akrobacyjnych

Partnerzy i Sponsorzy

Relacja z I Małopolskiego Pikniku Lotniczego

Poniższy tekst autorstwa Pana Marka Chmiela dotyczący I Małopolskiego Pikniku Lotniczego ukazał się w Przeglądzie Lotniczym w lipcu 2004 roku. My publikujemy go na naszej stronie WWW ze względu: po pierwsze na tematykę, po drugie na przychylne potraktowanie, po trzecie, bo jest to właściwie najdokładniejsze sprawozdanie z naszej imprezy. Poniższy reportaż przedstawi Państwu to, co działo się na lotnisku-muzeum w upalny czerwcowy weekend i zapewne zachęci do odwiedzenia nas na kolejnym Małopolskim Pikniku Lotniczym.

Obudziliśmy duchy na Czyżynach.

Pierwszą zaproszenie na "małe pokazy w Krakowie" dostałem podczas trwania Mistrzostw Polski w Radomiu - w ten sposób piloci z Zespołu Żelazny zaproponowali mi przyjazd na Czyżyny w ostatni weekend czerwca. Kilka dni później już oficjalnie zaprosili mnie na I Małopolski Piknik Lotniczy Kraków 2004 jego Organizatorzy - Muzeum Lotnictwa Polskiego. Zazwyczaj reportaże z tego rodzaju imprez przedstawia się w porządku chronologicznym, ja natomiast z wrodzoną sobie przekora zacznę od końca...

Po zakończeniu imprezy, gdy nieco opadły emocje, nareszcie znalazłem czas na chwilę rozmowy z Piotrem Łopalewskim, Kierownikiem Działu Gromadzenia i Opracowania Zbiorów Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie. Poznaliśmy się kilka lat temu w Góraszce i od tego czasu staramy się przy każdej okazji trochę powspominać, ponarzekać i pomarzyć na temat stanu lotnictwa w Polsce. Fragmenty naszej rozmowy dotyczące krakowskiej imprezy przedstawiam wam za jego zgodą chciałbym wam teraz przedstawić:

Marek Chmiel: - Kiedy w zeszły roku przeprowadzałem tutaj wywiad z dyrektorem Radwanem ostatnim pytaniem, jakie mu zadałem było: "Czy w przyszłym roku przelatując koło Krakowa, kiedy spytam: Kwadrat Czyżyny - proszę o zgodę na lądowanie - odpowiecie zezwalam?" Dyrektor odpowiedział: " Mam nadzieję..." Sam widziałeś w sobotę i niedziele te nasze ciche marzenie się spełniło.

Piotr Łopalewski: - To było prorocze, o zgodę pytali się nie tylko ci wcześniej uzgodnieni, Tulak się po prostu "przytułał"!

M. Ch: - Powiedz mi tak szczerze na czterdziestoleciu takiej imprezy nie mieliście jeszcze w planach?

P. Ł: - Zgadza się, były zupełnie inne plany wykorzystania pas i drogi kołowania. Dopiero gdzieś na początku roku tego roku Dyrektor podczas jednej z nasiadówek tutaj w gabinecie rzucił takie pytanie - a gdyby tak u nas zrobić Pokazy Lotnicze? To oczywiście wtedy nie miało nawet żadnej nazwy, ale właściwie od tego się zaczęło.

M. Ch: - Piotrze... zróbmy pokazy? Kiedy byłem u was we wrześniu pas wyglądał gorzej niż ustawa przewiduje, droga kołowania - lepiej nie mówić, sam pamiętasz krzaki i chaszcze i biedna Mewka usiłująca się w to wszystko wpasować.

P. Ł: - To prawda, sam widziałeś "Droga Kołowania" - Zlin z trudem się przeciskał. Tak na prawdę prace zaczęły się od lutego, od marca właściwie, pracowała ogromna maszyna, wyrówniarka, odgarniając ziemie, równając teren tak, aby ludzie mogli poruszać się nie łamiąc nóg. Przeznaczyliśmy ten teren dla sponsorów i wystawców. W miarę postępu prac problemów nam tylko przybywało, Trzeba było ogrodzić cały teren - to jest jakieś sześć kilometrów po obwodzie, pozatykać wszystkie dziury, którymi "gapowicze" mogliby nam wciekać do środka. A oczywiście fundusze na ten cel były zerowe. Musieliśmy pozyskać jakiś Sponsorów, którzy wspomogliby nas "kasą". Ale przede wszystkim Sponsorów, którzy wspomogliby nas sprzętem latającym. Znasz wzorzec - WLOP, AP, AOPA, EAA.

M. Ch: - Efekty?

P. Ł: - Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Sam widziałeś dwadzieścia siedem typów, trzydzieści trzy statki latające w powietrzu - to jak na takie "dziewice organizacyjne", na nasz "pierwszy raz" to chyba nie było źle? Najbardziej jednak baliśmy się jednego - złamania pogody, ze wtedy cała impreza nie odpali - nie mieliśmy planu B. Na szczęście bogowie wiatru i deszczu nam sprzyjali! Okazali nam wspaniałomyślność i pogoda była świetna...

M. Ch: - A publiczność?

P. Ł: - Ludzie na szczęście dopisali, na dzisiaj oceniamy, że było jakieś minimum 10 tysięcy osób, oficjalne dane będą z kilka dni.

M. Ch: - Jak miasto i region reagują na imprezę lotnicza w środku miasta?

P. Ł: - Prezydent Krakowa pan Jacek Majchrowski udzielił nam zezwolenia na zajęcie przestrzeni powietrznej nad Krakowem. To samo Balice - oddali na Jacka Halińskiego żeby kierował tą całą gromadką, Pomagał mu pan Janusz Czachowski z Aeroklubu Krakowskiego. Bez ich pomocy nie zrobilibyśmy nic!

M. Ch: - Wasz najbliższy sąsiad - Politechnika? Trzy czwarte pasa i nieba nad tym terenem należy do nich?

P. Ł: - To prawda, ale z nimi mamy bardzo dobrosąsiedzkie stosunki. I chociaż mamy jak u Fredry wspólny mur, a raczej parkan graniczny, ale nikt nie woła o gwintówkę! Mamy z nimi jak najlepsze układy, zezwolili nam na korzystanie ze swojej części pasa. Namalowaliśmy tylko u nich oś centralną. O widzisz - znów Balice, Wojskowa Baza Transportowa pożyczyła nam - za darmo! - sprzętu do oczyszczenia pasa. Przyjechali tutaj sami, wyczyścili wszystko, tak aby pas był zdatny do lądowania.

M. Ch: - A nasz "kochany ULC"? Jak on się zapatruje na wasze poczynania?

P. Ł: - Również pozytywnie... To przecież oni musieli wydać zgodę na te pokazy i wykorzystanie pasa. Przecież jeszcze nie jesteśmy pełnoprawnym lotniskiem, nie mamy jeszcze całej potrzebnej infrastruktury technicznej. Poszli nam na rękę i wykazali zrozumienie dla naszego entuzjazmu, i to chyba był koronny powód, dla którego postanowili zaryzykować i wydać zgodę, Nie zawiedliśmy zaufania, nie było rządnych kłopotów.
Znasz historię Rakowic - kiedy powstawały, były to dalekie peryferie miasta. Potem powstała Nowa Huta- to był gwóźdź do trumny Czyżyn, nie dość ze powstały tu osiedla wysokich domów, to jeszcze ta nieszczęsna linia 110 kV. Powstała ogromna aglomeracja i dawne lotnisko Rakowice-Czyżyny znalazło się praktycznie w jej centrum,co stwarza trudne warunki do wykonywania operacji lotniczych z tego terenu. Znasz problemy przy obu podejściach - z jednej strony dwudziestokilkumetrowe słupy i linia energetyczna (na dodatek nie oznakowane jak należy przez właściciela - dopisek M. CH.), w drugą stronę nieco lepiej, ale za to po bokach znów osiedla.

M. Ch: - To prawda, podejście do lądowania i start tutaj to niezła próba nerwów i KTP najwyższej klasy

P. Ł: - Na szczęście dla nas mieliśmy idealny kierunek wiatru - dokładnie w osi pasa, samoloty startowały spod linii, a nie na nią. Przy własnościach STOL tych maszyn, które tu mieliśmy było to dodatkową atrakcją. Padanie liściem, czy wronie przepadanie na pełnych klapach w ostatniej fazie lądowania znad linii na pewno podobały się publiczności.

M. Ch: - Samoloty same nie latają...

P. Ł: - Masz rację, piloci, którzy tu byli to jest najwyższa półka pilotów u nas w kraju. Był Wiesiek Cena - jeden z najlepszych pilotów doświadczalnych, Marek Szufa - wicemistrz Polski w akrobacji samolotowej, no i Edward Margański, chociaż nie pilotował samodzielnie samolotu, za to wspaniale komentował przez te dwa dni nasze pokazy dostarczając potężną dawkę fachowej wiedzy lotniczej i rzetelnej informacji o tym co dzieje się na ziemi i w powietrzu, wszyscy ludzie, którzy nam pomagali to naprawdę są Nazwiska w świecie lotniczym.

M. Ch: - Rozmawiałem wczoraj i dzisiaj z wieloma pilotami, kolegami fotografikami i znajomymi z Krakowa, wszyscy stwierdzali jedno; te wasze "raczkowanie", "pierwsze kroczki nowych pokazików", to było lepsze od niejednej dużej imprezy z tradycjami, choćby od tegorocznej Góraszki. Pomijając już fakt, że jest to coś nowego, przede wszystkim jednak jest to bardzo spójny program, nie ma tutaj tego cechuje Góraszkę czy Radom - "od Sasa do Lasa" - od "ciężkozbrojnych odkurzaczy" po "latawce z silnikami od kosiarek". Wyraźnie zarysowane grupy statków powietrznych: lekkie, akrobacyjne, prototypy, samoloty historyczne...

P. Ł: - Już historyczne..., taka lotnicza piguła, lotnictwo w pigułce!

M. Ch: - Może to jest właśnie nisza dla Was w kalendarzu imprez lotniczych?

P. Ł: - Wydaje mi się, że tak, bo nigdy nie dojdzie tu do startów i lądowań samolotów odrzutowych, chyba że pojawi się Harrier który narobi dużo hałasu i kurzu i w ten sposób się zaprezentuje. Nasz piknik to chyba rzeczywiście najlepsza nisza dla samolotów małych i  rednich o charakterystykach STOL, czego w opinii ludzi, z którymi ja rozmawiałem idealnym przykładem był jeden z gwoździ programu Skytruck startujący niemal z miejsca i lądujący w miejscu...

M. Ch: - Pamiętasz, podczas hangar party obudziliśmy duchy śpiące w hangarach Czyżyn... - P. Ł: - Dobre Duchy!!! - Tak, dobre! To już nie te same samoloty, które pamiętam sprzed piętnastu lat, kiedy urywałem się tutaj na lewizny z jednostki - tu wiszę, tam cieknę, nie mam powietrza... Te samoloty nareszcie ożyły, nie stoją już takie smutne, oklapłe, nareszcie zaczęły z nami gadać, prężąc się na swoich - jeszcze czasem pustych - amortyzatorach, próbując nam powiedzieć, wykrzyczeć tej nocy: - POZWÓLCIE NAM WYKOŁOWAC Z HANGARÓW! Jak odpowiecie na ten ich krzyk nadziei?

P. Ł: - Tak! Tak! Tak! Tak! PWS, może nawet PZL P.11c powinny natychmiast wykołować, to było by coś nieprawdopodobnego, to było by wydarzenie na miarę światową. Gdyby udało nam się ożywić do końca te dwa samoloty, przecież nasze muzeum znane jest głównie z kolekcji samolotów z pierwszej wojny światowej, ale przede wszystkim z tych czterech poloników, które ocalały jako jedyne na świecie. Może za rok to jeszcze za krótki okres czasu żeby doprowadzić je do startu, do stanu, w którym mogłyby się zaprezentować dynamicznie. Posiadamy jeszcze kilka innych samolotów, które można by wyremontować na takiej samej zasadzie jak Piper Cub i Jak -18, które prezentowały się w locie - to są przecież nasze eksponaty. Doświadczenia wykazały, że przy pewnym zasobie finansowym jest to możliwe, ponieważ nie są to samoloty, które nie wymagają aż tak wielkich nakładów, aby uczynić je latającymi. Posiadamy kilka samolotów, które w locie były by sensacją mówię o polskich konstrukcjach powojennych; Zuchy, Junaki, Szpaki. Są w tej chwili zakłady lotnicze, które bez problemu podjęłyby się rewitalizacji tego sprzętu. To było by rzeczywiście naprawdę coś, nie jakiś tam Spitfire czy Mustang, których lata jeszcze sporo. Ludzie są już zblazowani, spit, meser, forteca, a tu nagłe COŚ rodzimego - ewenement na skalę światową, a jednocześnie potwierdzenie że myśl lotnicza u nas była jest i będzie.

M. Ch: - Trudno, poczekamy jeszcze ze dwa, trzy lata na kołującego PWS-a... Ale, latał CSS - trochę mniejszy, ale kto to z pola zauważył? Pamiętasz, w zeszłym roku Radomiu latały w dwóch końcach pola dwa CSS-y i kto miał do końca pewność, który jest który? (P. Ł: - Tak...) Popatrz, przyjaciel Marka Szufy buduje PWS-a, jest duży latający model RWD -y, jest jeszcze parę innych modeli, może to jest metoda na najbliższe dwa lata, dopóki starsi bracia są jeszcze w hangarach?

P. Ł: - Tak, masz racje te model w klasie Gigant, one w locie stwarzają wrażenie autentyków. Masz rację, ten CSS podejrzewam dla 70 procent widzów, na niebie jawił się jako prawdziwy samolot szczególnie z pewnego dystansu. Tu zresztą za późno dowiedzieli się modelarze, którzy chcieli nam zaoferować za darmo swoje modele do pokazów, gdyby to doszło do skutku był by to i mam nadzieję, że będzie w przyszłości oddzielny blok programowy - Pokaz Modeli Wielkoskalowych.

M. Ch: - Piotrze, a co możemy sobie zamarzyć w dziedzinie latania najbliżej sercu bardzo dużej rzeszy czytelników PLAR-u: lotniarzy, paralotniarzy, PPG, paraplanowców, te 600 metrów pasa to czasem nawet za długo...

P. Ł: - A balony na ogrzane powietrze? Chcielibyśmy pozbierać tutaj wszystkich którzy mogą się wzbić z naszego pasa, czy to przy pomocy "lżejszego powietrza", czy innych zasad aerodynamiki, Oczywiście, że tak! Tylko wymaga to od nas rozpoczęcia przygotowań już od teraz. W tym roku zaczęliśmy trochę za późno, muszę to przyznać bijąc się we własne piersi i to zaowocowało przede wszystkim niedoinformowanie. Była cała masa uwag w rodzaju, "myśmy nic nie widzieli". Praktycznie, cala impreza była nagłaśniana tylko lokalnie, plakatowanie zaczęło się tak naprawdę na 10 dni przed imprezą, media milczały... Gdyby informacja poszła kanałami ogólnopolskimi, to mielibyśmy chyba klęskę urodzaju, po sobotniej króciutkiej informacji w Teleexpresie, mieliśmy natychmiast 200 metrowe kolejki do kas i brak miejsc na parkingach...

M. Ch: - Ok. Piotrze, nie życzę Wam niczego, żeby nie zapeszyć, powiedz mi tylko czy za rok dostane zgodę na lądowanie?

P. Ł: - Już dzisiaj ją masz, spróbuj tylko nie przylecieć, to dopiero zobaczysz jak Duchy Czyżyn się z tobą policzą.

To, o czym rozmawiałem z Piotrem chyba wystarczy jako podsumowanie i zaproszenie na przyszły rok.

Jak przebiegał I Małopolski Piknik Lotniczy Kraków 2004? Jadąc do Krakowa nie wiedziałem do końca, czego oczekiwać - małych lokalnych pokazów z udziałem Żelaznych, Extry i kilku "foxtrotów", czy raczej imprezy o charakterze Zlotu w Kętrzynie lub Góraszki.

Wątpliwości odnośnie charakteru pokazów, o których napisałem we wstępie rozwiały się w piątek, po przyjeździe do Krakowa. Miasto tonęło w powodzi plakatów, na których Zlin Żelaznych w zakręcie nad "Małym Hangarem" Muzeum zapraszał do wzięcia udziału w pikniku. W biurze muzeum, czasowo zamienionym w Biuro Organizatora Pokazów kolejne miłe zaskoczenie. Spodziewałem się typowego biura prasowego, w którym zapiszą mnie na listę akredytacyjną i dostanę identyfikator "prasa" umożliwiający darmowy wstęp na teren pokazów i ewentualnie kilku gadżetów w stylu szybko wypisującego się długopisu z nadrukiem i naklejki sponsora paliwowego na szybę samochodu, którego nie mam. Tymczasem byłem gościem oczekiwanym i mile widzianym! Po wymianie serdeczności z przyjaciółmi i znajomymi, bez zbędnych formalności, po ustaleniu jakie mam potrzeby i oczekiwania w stosunku do Organizatorów ustalono kategorię "praw dostępu", do której najlepiej mnie "zaszeregować", zadbano nawet o takie drobiazgi jak aprowizacja i zakwaterowanie (z tego ostatniego zrezygnowałem, na rzecz domku moich znajomych). W ten sposób uzyskałem identyfikator "Obsługa sektora VIP - Fotograf", dodatkowo ustnie poinformowano wszelkie służby o moim statusie i uprawnieniach (do przecinania osi pasa i przebywania "na kwadracie" włącznie). W chwilę potem odbyłem krótką rozmowę z dyrektorem muzeum panem Krzysztofem Radwanem na tematy organizacyjne, miedzy innymi ustaliliśmy warunki wykonywania zdjęć terenu pokazów z powietrza. Pierwszy raz spotkałem się z tak profesjonalnie przygotowaną obsługa pokazów (bądź, co bądź organizowanych po raz pierwszy).

Po załatwieniu formalności poszedłem na mały rekonesans po terenie. Od mojej ostatniej wizyty we wrześniu ubiegłego roku (PLAR 11/2003) wiele się tutaj zmieniło. Lotniczy Park Kultury, o którym rozmawialiśmy z dyrektorem Radwanem zaczyna wyłaniać się ziemi. Tereny do niedawna porośnięte chaszczami oraz część starych działek zostały splantowane, obsiane trawą i obsadzone drzewami i krzewami. Przygotowano płyty pod dwa nowe hangary, powstaje sieć dróg i ciągów pieszo-rowerowych, zakończyła się budowa lądowiska śmigłowcowego, mogącego jednocześnie spełniać funkcje toru modelarskiego. Droga kołowania, na której rok temu z trudem mieściły się Zliny i Mewa, została odnowiona, na całej jej długości zostały usunięte wszelkie przeszkody utrudniające kołowanie oraz widoczne na zdjęciach z zeszłego roku ograniczające widoczność zarośla. W miarę pozyskiwania środków cała droga kołowania ma zostać poszerzona i przygotowana do pełnienia roli zapasowego pasa startowego.

Podczas prawie kilometrowego spaceru od budynków muzeum do pasa startowego próbowałem sobie wyobrazić jak to będzie wyglądało jutro i pojutrze, kiedy na tym terenie przewijać się będą tłumy krakowian. Układ przestrzenny terenu pokazów zapewnia możliwość urządzenia sobie ciekawego spaceru "szlakiem historii lotnictwa".

Od kas biletowych goście mogą udać się na tereny ekspozycji statycznej - czyli "lotnicza przeszłość" - tym razem wzbogaconej o egzemplarze eksponowane w hangarze głównym. Powód wyhangarowania samolotów i śmigłowców ratowniczych - poza piknikiem - jest bardzo prozaiczny; wylana została nowa płyta podłogowa, (a poza tym gdzieś się musi odbyć hangar party). Na łuku drogi kołowania ustawiają się pierwsi sprzedawcy pamiątek, widzę miejsce zarezerwowane dla sklepiku lotniczego Roberta Stachyry - tym razem kolekcjonerzy i poszukiwacze lotniczych skarbów na pewno będą zadowoleni. Następne dwieście metrów to miejsce dla wystawców większego kalibru. Tu zaprezentują się linie lotnicze, salony samochodowe itp. - czyli nasza "nielotnicza teraźniejszość".

Mijam ruiny starych hangarów - tędy chodziłem "na lewizny" do muzeum podczas mojej służby wojskowej - i już widzę przed sobą szeroką panoramę pola wzlotów jutrzejszej imprezy - ostatni etap szlaku historii lotnictwa: "teraźniejszość i przyszłość".

Patrzę w kierunku pasa startowego - właśnie kończy się rozstawianie Kwadratu, nad białym namiotem na maszcie biało czerwony rękaw układa się równolegle do pasa - warunki do lądowania idealne. Na stojakach już są weterani - Farman i Bleriot z krakowskiej kolekcji. Będą tu przez całą noc i następne dwie doby wskazywać miejsce do odpoczynku na swych młodszych braci po kolejnych lotach - jak przed czterdziestu laty i miejmy nadzieje jak będzie przez następnych kilkadziesiąt. Wokół Sektora VIP rozstawiane jest ogrodzenie z płotków używanych przez Krakowskie MPK do wyznaczania tymczasowych przystanków i grodzenia terenów robót. Lekkie, estetyczne, niebieskie kratownice z herbem miasta w niczym nie przypominają ciężkich "policyjnych" barykad znanych choćby z Góraszki. Czy wytrzymają napór tłumu - przekonamy się jutro?

W sobotni ranek każdy, kto chciał dostać się na lotnisko Rakowice-Czyżyny nie miał z tym problemów. Jeśli nie wiedział gdzie się ono znajduje, drogę wskazywały mu przylatujące z całej Polski samoloty. Przed bramkami ze względu na wczesną porę i sprawną obsługę kas nie ma zbyt wielkich kolejek. Tu mała dygresja - bez względu na kierunek, z którego zbliżają się goście do terenu pokazów widoku nie przesłaniają niekończące się rzędy niebieskich kapsuł ratunkowych z napisami w rodzaju "clip - clop", co stało się już regułą na większości dużych imprez (Radom, Góraszka). Tutaj najważniejsze są samoloty, to je przede wszystkim ma zobaczyć każdy, kto choćby przypadkiem zawędruje w ten rejon miasta. Gdzie są te z drugiej strony bardzo ważne elementy architektoniczne - dyskretnie jak na każdym porządnym polowym lotnisku porozstawiane w newralgicznych punktach, z czytelną informacją na temat przeznaczenia i lokalizacji, ukryte i zamaskowane wśród zieleni.

Dochodzi godzina dziesiąta, na ziemi są już praktycznie wszyscy zapowiedziani na dzisiaj powietrzni goście. Weterani spełnili swoje zadanie, ich "młodsi bracia" ustawili się skrzydło w skrzydło od Farmana do Bleriota. Wchodzę na teren Sektora VIP, ochroniarz stojący przy bramce wie już po co i dlaczego tutaj jestem, krótka wymiana informacji na interesujące nas obu służbowo tematy i już mogę zając się swoją pracą. Na stanowiska komentatora pokazów z mikrofonem w dłoni pan Edward Margański - nareszcie nie będzie "kwiatków" w rodzaju "czteroskrzydłowych Antków" czy "śmigieł nośnych i kierunkujących w helikopterze"! Właśnie zamierzałem przejść się po stojankach i sprawdzić listę obecności, kiedy od strony słońca zaszły mi drogę trzy sylwetki w czerwonych polarach z charakterystycznym czarno-białym logo na lewej piersi. To Zespół Żelazny w składzie: ppłk pil. Lech Marchelewski, mjr pil. Wojciech Krupa i st. szer. pchor. pil. Tadeusz Kołaszewski zmusił mnie do lądowania na swoim terenie. Chociaż od ostatniego spotkania minęło ledwie parę dni, serdeczne powitanie przerodziło się w dłuższą dyskusję przy porannej kawie - porannej, ponieważ Żelaźni dopiero co wylądowali po przylocie z Zielonej Góry. Spotkania z przyjaciółmi na pokazach niestety nigdy nie są wystarczająco długie. Już po chwili zespół został poproszony do "uroczystego wręczania" - tym razem była to kaseta wideo z filmem wykonanym podczas jednego z ich poprzednich występów. Zaraz potem przedstawiciele WLOP i władz lokalnych wzięli Żelaznych "do niewoli" na dłuższy czas.

Około godziny 10.30 na teren lotniska przybył Prezes Aeroklubu Polskiego Jan Tadeusz Karpiński - jeden z trzech, obok Dowódcy Wojsk Lotniczych i OP gen. broni pil. Ryszarda Olszewskiego i Marszałka Województwa Małopolskiego Janusza Sepioła - Patronów Honorowych imprezy. Po zakończeniu oficjalnego powitania Szanownych Gości przez p. Radwana znalazłem chwilkę czasu na "sprawdzenie listy obecności".

Na płycie postojowej przed Sektorem VIP krakowsko - warszawski Piper L-4 Grasshopper (SP-MAM) nawiązujący swoim malowaniem do okresu swojej służbie w USAF, tuż obok niego drugi Kubuś (SP-AFY) w niedokończonym malowaniu inwazyjnym (te nasze przepisy, kiedy w końcu jakże nieliczne u nas warbirdy będą mogły wystąpić w galowym mundurze?).

Zaraz za nimi biało-czerwona PZL M26-01 Iskierka (SP-DIF) - propozycja PZL Mielec samolotu do szkolenia w pilotażu zaawansowanym. Następne dwa samoloty to coś dla naszego starego znajomego - Pana X - 3Xtrim Bzyk (SP-YAY), oraz kończąca proces certyfikacji EM-11 Orka (SP-YEN), samoloty do latania przyjemnościowego. Tuż za nimi "turysta z epoki", czyli Piper J-3 Cub (SP-AWP) Marka Masalskiego. Stanął chyba celowo w tym miejscu, mając z lewej strony Orkę, a z prawej Gemini Ultra (SP-YUF) - wywodzącego się od tej samej, co i Bzyk konstrukcji - Eola aby pokazać, że do czerpania radości z latania wystarczy "trochę rurek i płótna".

Przeciwwagą dla Iskierki jest jej historyczny odpowiednik - samolot szkolny TS-8 Bies (SP-YBD). Ostatnim samolotem stojącym obok pasa startowego jest PZL M28 Skytruck (SP-DDA), podobnie jak Pipery na przeciwległym końcu stojanki, ma bardzo dobre charakterystyki startu i lądowania (STOL), oraz może lądować na każdym rodzaju nawierzchni. Wzdłuż drogi kołowania stoją w równym szeregu trzy czerwone Zliny: 526AFS (SP-CSU), 526F (SP-CDF), 526AFS (SP-ELE), ich chyba nie trzeba nikomu przedstawiać - to samoloty Zespołu Żelazny z Aeroklub Ziemi Lubuskiej, (czwarty samolot zespołu Zlin 50 - SP-AUA jest w Mielcu).

Mój prywatny plan godzinowy sprawdza się - jest godzina jedenasta, skończyłem stojanki, proszę o zgodę na przecięcie pasa i jestem na Kwadracie w momencie, kiedy rozpoczyna się briefing dla pilotów. Prowadzi go szef krakowskich kontrolerów lotu pan Jacek Haliński, podobnie jak w zeszłym roku kierujący operacjami lotniczymi. To na nim spoczywa odpowiedzialność za bezpieczną realizacje programu imprezy. W powietrzu prezentować się ma trzydziestka statków powietrznych, do tego trzeba zwracać uwagę na "pasażery", co chwila któryś z nich "przymierza się" do pasa. Niestety "pomnik inteligencji decydenta" (PLAR 11/2003) nadal przegradza pas na siedemsetnym metrze, gdyby nie to 2000 metrów wystarczyłoby przynajmniej dla ATR -ków, jeszcze tylko linię 110kV jakoś schować pod ziemię i wszystko będzie w porządku - rozmarzyłeś się Marek, wracaj do rzeczywistości.

Briefing zakończony, wracamy do naszego sektora - celowo podkreśliłem słowo "naszego", na tym pikniku Pilot jest VIP-em, to dzięki niemu impreza jest atrakcyjna, to jego kunszt i wysiłek jest podziwiany, nie jest ukrywany przed Szanownymi Gośćmi daleko w niedostępnej messie, nikt nie obawia się, że zapach paliwa i smarów może podrażnić VIP-ie nosy, a widok kombinezonów zachwiać czyimś poczuciem estetyki. Zresztą i sam sektor wygląda zupełnie inaczej, tutaj nikt nie ukrywa za zasiekami i osłoną z siatek maskujących "miejsca dla wybranych". Jedyne, co dzieli publiczność od sektora to kilkumetrowej szerokości pas ziemi niczyjej i wspomniane tramwajowe płotki. Dzięki temu z terenu publiczności widać wyraźnie, że nikt nie jest traktowany lepiej czy gorzej - na Sektorze VIP jest taki sam gatunek piwa, grill i bufet jak po drugiej stronie płotka, jedyną różnicą jest to, że niektórym osobom dania podaje kelnerka, lub ktoś z obsługi sektora. Pod jednym z parasoli zauważam prezesa Karpińskiego rozmawiającego z Żelaznymi, poważne miny wskazują na to, że rozmowa raczej nie dotyczy tego, co dzisiaj zobaczymy w powietrzu. Może właśnie ważą się losy wytwornic dymu dla zespołu, albo remontu i nowego silnika do SP-AUA oraz pozostałych samolotów zespołu?

Od strony Balic zbliża się nabierając wysokości An-26 z 13 ELT, o godzinie 11.25 sonda zostaje wyrzucona z tylnej rampy samolotu. Jeszcze jeden krąg i na niebie zakwitają kolorowe kwiaty spadochronów, to skoczkowie ze Spadochronowej Grupy Sportowo - Pokazowej 6. Brygady Desantowo - Szturmowej im. gen. Stanisława F. Sosabowskiego pod kierownictwem kpt. Artura Gosiewskiego. W dwóch nalotach wyrzuconych zostaje w sumie dwunastu skoczków. Czterech z nich szybuje z przymocowanymi do nóg flagami; narodową, województwa małopolskiego, miasta Krakowa i 6. BDSz. Pomiędzy nimi w śmiałych zakosach przelatuje kolejny skoczek ze świecą dymną znaczącą smugą białego dymu trasę przelotu. Dwóch innych zbliżywszy się do siebie, splotło się nawzajem nogami i po chwili ich spadochrony utworzyły klepsydrę. Utrzymując tę formacje skoczkowie szybują razem ponad trzysta metrów, by rozdzielić się na kilka sekund i metrów nad ziemią. Wszyscy skoczkowie lądują bezpiecznie w bezpośredniej bliskości lub na znaku wyłożonym pośrodku pasa startowego. Kilka czasz odpływa jednak wyraźnie na zachód i niknie za drzewami. Czyżby pokazy miały rozpocząć się od wypadku? - Nie! Wszystko przebiega zgodnie z planem, za pasem drzew są przecież koszary należące przed II Wojna Światową do 2 Pułku Lotniczego, a obecnie wykorzystywane przez 6. BDSz (z tych koszar notorycznie wyrywałem się do muzeum 15 lat temu). W koszarach obchodzone jest dzisiaj Święto Jednostki, skoczkowie specjalnie zaplanowali swój program tak, aby uświetnić akcentem lotniczym obie imprezy jednocześnie.

Antoniusz odleciał na Balice, z otwartej rampy pomachali nam na "do widzenia" członkowie załogi pokładowej, a na ziemi rozpoczyna się oficjalne otwarcie I Małopolskiego Pikniku Lotniczego Kraków 2004. Pan Prezes Karpiński otwierający Piknik w swym przemówieniu przypomniał historię najstarszego lotniska Rzeczypospolitej, jego rolę w rozwoju polskiego lotnictwa przed wojną i po niej, oraz podkreślił doniosłą rolę obecnego użytkownika lotniska - Muzeum Lotnictwa Polskiego w zachowaniu tradycji i kształtowaniu postaw młodego pokolenia, wyraził również swoje poparcie dla idei Lotniczego Parku Kulturowego i nadzieję na dalsza planową realizacje tego przedsięwzięcia. Wszystkim pilotom, którzy przybyli na pokazy życzył pomyślnych lotów i tyle samo lądowań co startów w ich dalszym lotniczym życiu.

Lotnicy podziękowali za życzenia w sposób najbardziej dla nich odpowiedni - z rykiem silników, ciągnąc za sobą warkocze pyłu niczym na frontowym lotnisku, w powietrze podniosła się startując w szyku klina trójka Zlinów. Zaprezentowali to, co mają najlepszego w swoim programie, nawiązując układem figur do metodyki szkolenia pilotów w pułkach myśliwskich przedwrześniowej Polski. Rozpoczęli od figur akrobacji podstawowej wykonywanych całym ugrupowaniem, poprzez wyższy pilotaż po elementy walki powietrznej. Najciekawsze figury - chociażby "pętla goniona" czyli wykonywana przez cały zespół z zachowaniem odstępu 120 stopni pomiędzy poszczególnymi samolotami. Bardzo efektownie wyglądały również "ataki" z przedniej i tylnej półsfery, w których wszystkie trzy samoloty poruszały się po płaszczyźnie kuli w ten sposób, że Zlin 526 F pilotowany przez Lecha Marchelewskiego w dolnym odcinku wykonywanej pętli był mijany jednocześnie z góry i z dołu przez nalatujących z przeciwnych kierunków pod kątem 90° do siebie i 45° w stosunku do jego kierunku lotu Wojciecha Krupę i Tadeusza Kołaszewskiego na AFS-ach. Inna ciekawą figura były "baryłki" wykonywane przez Wojtka wokół pary Zlinów lecących w ciasnej formacji jeden nad drugim, (póki co w pozycji normalnej, już niedługo tą samą figurę w układzie lustrzanym piloci planują włączyć do stałego programu zespołu. Po występie Żelaznych w powietrze wzbił się z charakterystycznym odgłosem trzystukonnej gwiazdy TS-8 Bies (SP-YBD), ze względu na wiek, oraz na przepisy obowiązujące w klasie Specjalny nie mógł się zaprezentować w dynamicznym, akrobacyjnym pokazie, jednak jego rasowa sylwetka i odgłos pracy silnika przyciągnęły na długie minuty uwagę publiczności.

Nim przebrzmiały ostatnie echa silnika Biesa z północy nadpłynął odgłos pracy sześciu turbin, które ogłosił początek występu zespołu "Biało-Czerwone Iskry". Przy akompaniamencie muzyki "Old Metropolitan Jazz Band" pod krakowskim niebem rozpoczął się powietrzny balet akcentowany welonami białych i czerwonych dymów. Po Iskrach w powietrze podniosły się dwa Pipery; SP-AWP, SP-AFY i pokazy w wysokości kilkuset zeszły do kilkudziesięciu metrów. Marek Masalski wykorzystując warunki atmosferyczne prawie zawisał swoim Cub-em nad pasem startowym, by po chwili przemknąć nad tuż nad jego powierzchnią z maksymalna prędkością (ok. 130 km/h). W tym czasie drugi z Piperów latał wzdłuż wschodniej granicy terenów pokazów (umiejscowiona była tam główna strefa pilotażu, w której wykonywane były wszystkie pokazy akrobacji) prezentując możliwości manewrowe Grasshoppera jak samolotu kierującego ogniem artylerii i łącznikowego - pokażcie mi drugie takie pokazy w Polsce, na których można latać w dwóch strefach, nie przeszkadzając sobie nawzajem i być w zasięgu widoczności publiczności.

Wyzwanie odnośnie długości startu i lądowania znad przeszkody podjął Skytruck, prezentując najkrótszy start w tym dniu - dwa silniki turbośmigłowe i mechanizacja płata robią swoje, dzięki rewersowi śmigieł wydawało się ze ląduje na chustce od nosa. Skytruck zaprezentował swoje najlepsze właściwości lotne, poważnie zagrażając pozycji Marka w najwolniejszym przelocie. Wiesław Cena dał publiczności możliwość naocznego sprawdzenia faktu, że po starcie koła samolotu nadal się kręcą, utrzymując Iskierkę tuż nad pasem na całej długości stojanek. Dalszy ciąg jego pokazu to festiwal ranwersów i innych figur wykonywanych "w pionach".

W chwilę później do lądowania podeszła nadlatująca od strony Pobiednika Kappa KP-2U Sova (SP-YAA). Jako pierwszemu "Yankee" w Rejestrze Statków Powietrznych RP Sovie przypadł zaszczyt otwierania parady powietrznej ULM-ów.

Po niej w powietrzu zaprezentowała się Orka, pilotowana przez Wiesława Cenę. Jeśli w ten sam sposób Orka będzie mogła latać już jako pełnoprawny samolot, to chyba nie potrzebuje lepszej reklamy. Tymczasem kolejny gość pokazów - 3Xtrim Bzyk - (SP-YWS) prosi o zgodę na lądowanie! W powietrzu znów słychać odgłos silników gwiazdowych - przylatują Jak-18 (SP-YYY) z pilotami z Fundacji Polskie Orły (przez niektórych nazywany "krakowskim warszawiakiem" lub odwrotnie) oraz TS-8 Bies (SP-YSS) Krzysztofa Maruszewskiego. Młodość dopomina się o swoje prawa, startują śmigłowce Enstrom 280C Shark (SP-GAH i SP-GAG) z firmy Normal, pokazując, co to znaczy sześć stopni swobody - podkreślił w swoim komentarzu obecny na pokazach inżynier Ryszard Witkowski. Piloci pokazali figurę podobna w zamyśle do baryłek Żelaznych, jeden ze śmigłowców zataczał poziome kręgi do przodu i do tyłu wokół drugiego pozostającego w zawisie lub przemieszczającego się wzdłuż pasa w dowolnym kierunku. Po Sharkach w powietrze idzie żółty śmigłowiec Robinson R44 Raven (SP-GWW) Polinaru. Pilotowany przez mistrza pilotażu śmigłowcowego pokazuje co można wyciągnąć ze śmigłowca napędzanego niezbyt mocnym silnikiem tłokowym. Pokaz kończy pozamiataniem pasa startowego, szczególnie w rejonach okupowanych przez tych, dla których 7 złotych za bilet było kwotą zbyt wygórowaną. Sprzątanie pasa kończy swoim potężnym wirnikiem Mi-8 (nr 628). Za chwilę z gracją ważki zawisa nad miejscem startu i prezentuje pozorowana akcje ratunkową z użyciem wyciągarki. Po kolejnym przelocie nad pasem dowiadujemy się jak nisko lata się w wojsku.

Nagle jak na komendę wszystkie głowy odwracają się na wschód, nad linią 100KV widać sylwetkę górnopłata w srebrno-niebieskim malowaniu, to RWD-5R (SP-LOT), liczymy na to, że ten przepiękny samolot wyląduje na pasie Czyżyn. Niestety, jeszcze nie tym razem, po kilkunastominutowym pokazie RWD machając skrzydłami, odlatuje w stronę Pobiednika.

Pierwsza część pokazów już za nami, czas na krótką przerwę obiadową. Ledwie uporałem się z grochówka i zdążyłem zamienić parę słów ze znajomymi, a już muszę wracać na drugą stronę pasa. Czeka tam na mnie Enstrom SP-GAG, wykorzystujemy przerwę w programie na mały spacer nad Parkiem Lotniczym. Obłe oszklenie kabiny nieco mi nie odpowiada, jednak w drzwiach jest odsuwany wywietrznik, mogę swobodnie przez niego fotografować, nie powodując przy okazji huraganu w kabinie. Przerwa obiadowa również dotyczy publiczności, nie udaje mi się sfotografować tłumów, za to mogę do woli pstrykać wszystkie samoloty na stojankach i wystawie przed hangarem. Szybko mija kilka minut lotu, czas wracać na ziemię, tym bardziej, że za chwile w drugim Shark-u zostanie "w niebo wzięty" dyrektor Radwan.

Po przerwie znów startują Żelaźni, tym razem program jest nieco inny więcej szyków i niskich przejść przed publicznością, tym bardziej, że pojawiło się zachmurzenie. Wykorzystuję ten moment na szybką wyprawę na drugą cześć terenu pokazów - czas zgrać zdjęcia do komputera. Po powrocie niespodzianka - przyleciał Marek Szufa na Extrze 300 (SP-ACM), a powietrzu znów Iskierka i Bzyki. Kiedy w końcu milkną Rotaxy, w powietrze wdziera się ryk 300 koni Ekstry. Marek prezentuje swój show - taniec z dymani. W Radomiu widziałem ten program na wideo, więc mam ułatwione zadanie, niestety Extra jest trochę za szybka dla mojego Olympusa, więc fotki nie wyszły, jutro spróbuję jeszcze raz.

Po pokazie Marka znów przyleciał Jak-18, po nim w powietrze wróciła Orka, aby ustąpić miejsca RWD. Marek Masalski po swoim występie wybrał się na spacer nad Kraków, a nad terenem pokazów rozdokazywały się ULM-y. Nieco później pożegnały się z nami dwa samoloty Żelaznych, pozostawiając reprezentacje w postaci Tadka Kołaszewskiego i AFS-a SP-ELE.

Kwadrans po osiemnastej pierwszy dzień pokazów dobiegł końca, ostatnim jego akcentem było zbiorowe kołowanie samolotów na miejsca postojowe tuż obok muzeum. Organizatorzy potrafili zabezpieczyć i sprawnie przeprowadzić ten manewr w wykonaniu 7 samolotów, czyniąc z niego jeszcze jedną atrakcje imprezy.

W hangarze czekało na nas już "małe conieco", a party umilały nam na przemian "Old Metropolitan Jazz Band" i orkiestra góralska. Jednak największe oklaski zebrały występy wokalne dyrektora Radwana w duetach i triach z uczestnikami pokazów. Tą bardzo sympatyczną formę podziękowania polecałbym wszystkim organizatorom podobnych imprez, może przestałoby się wtedy mówić - "... a na hangar party ORGANIZATOR usiłował przemówić ludzkim głosem, ale mu nie wyszło". Wieczór trwał i trwał, dla mnie jednak była to okazja do niezwykłych sesji zdjęciowych z udziałem między innymi P-11c, Spitfire-a i PWS-a.

Niedziela miała być takim samym dniem jak sobota, jednak przeszła oczekiwania Organizatorów i widzów, na terenie pokazów zrobiło się tłoczno, szczególnie na terenie przed hangarami, gdzie niestety, co jakiś czas trzeba było zdejmować lub, co gorsza wyjmować z eksponatów "miłośników pamiątek", chyba nawet w Galicji umiejętność czytania i rozumienia oraz zasady dobrego tonu powoli zanikają.

Program lotniczy uległ przebudowie, nie wystąpił P-51D Mustang (uległ rozbiciu w czasie lotu treningowego, na szczęście nikomu nic się nie stało, pilot-modelarz poniósł tylko lekkie straty moralne i doznał poważnego uszczerbku na portfelu). Dzień rozpoczął CSS- 13 SP-APA (w skali 1:3) pilotowany przez Marka Szufę. Następnie Orka dała pokaz kołowania ze złożonymi końcówkami płata, (rozkładanie płatów przed zakołowaniem na stojankę zajęło dwóm osobom mniej niż minutę). O godzinie 11.30 desant spadochronowy zapoczątkował pierwszy blok pokazów "poważnej awiacji". Pierwszy wystartował Tadek Kołaszewski prezentując wzmocnioną dawkę akrobacji solowej. Później na niebie jak w kalejdoskopie przewijały się na przemian wszystkie statki powietrzne biorące udział w pokazach. Krakowski Polinar wzmocnił swoja ekipę o Robinsona R44 Astro - SP-GSF, tego samego, który latał w Tatrach na potrzeby GOPR. Reprezentacja Piperów wystąpiła w osłabionym składzie, Marek Masalski postanowił pozwiedzać okolice Krakowa, jego miejsce na stojance zajęła Reims/Cessna F172M Skyhawk - SP-FYE. Marek Szufa nadrabiał straty z dnia wczorajszego, niestety i tym razem nie zrobiłem mu dobrych zdjęć, dlatego że filmowałem na jego prośbę cały lot Extry i "Papaja". Po południu Normal wzmocnił swoją ekipę o Aerospatiale AS355N Ecureuil (SP-TKM), a do ultralajtów dołączył Tulak - SP-YET. Niewątpliwie jednak najelegantszym samolotem tego dnia był T- 131PA Jungmann (SP-YGM) własność miłośnika lotnictwa p. Jerzego Wawrosza stacjonujący nacodzień na lotnisku Aleksandrowice w Bielsku Białej. 13 ELT z Balic przysłała wzmocnioną ekipę w postaci samolotów An-26 i CASA.

O szesnastej trzydzieści Tadeusz Kołaszewski zapoczątkował "czas powrotów" odlatując Zlinem do Zielonej Góry. Po nim kolejno odmeldowywały się wszystkie ultralajty, Pipery, Orka, Mielczanie i śmigłowce. Ostatni o godzinie 18.30 do Radomia odleciał Marek Szufa. W ten sposób I Małopolskiego Pikniku Lotniczego Kraków 2004 przeszedł do historii, rozpoczynając jednocześnie jej nowy rozdział.

Marek Chmiel


powrót na górę strony

powrót do menu

Relacja z II Małopolskiego Pikniku Lotniczego

II Małopolski Piknik Lotniczy    Wspomnienia z II Małoposkiego Pikniku Lotniczego można obejrzeć tutaj kliknij, aby obejrzeć!


powrót na górę strony

powrót do menu

Relacja z III Małopolskiego Pikniku Lotniczego

III Małopolski Piknik Lotniczy    Wspomnienia z III Małoposkiego Pikniku Lotniczego można obejrzeć tutaj kliknij, aby obejrzeć!


powrót na górę strony

powrót do menu

   
***   All Rights Reserved © Copyright 2006 MLP & Marek Chmiel ***
All Register Trade Mark (™) and Register Trade Name (®) are placed on these pages is used for identification only.
Kodowanie polskich znaków w standardzie ISO-8859-2. Best performance at setting as follow: resolution 1024x768, True Color.